Wychowanie dzieci to przekleństwo

Wychowanie dzieci to przekleństwo. Poważnie. Każdy, kto twierdzi inaczej, powinien teraz powiedzieć głośno słowo Mars. Tylko od końca. Dzieci, w ramach żartu, proszą nas o to bardzo często. Szczególnie te, które chodzą już do szkoły podstawowej. Jak się wówczas zachować? Powiedzieć to, czy też zarzucić młokosowi czy młodej damie, że nie zna nazw tak wielu innych planet. Bo co z Jowiszem, Wenus, Saturnem, czy Plutonem?

No dobrze, to ja powiem to, co chcesz, a Ty teraz przeliteruj Pluton. Ale wiesz, tam i z powrotem. Prosząc o to, zachowamy się oczywiście niestosownie, bo słowo „nutolp” nie budzi przecież żadnych emocji. A dzieci są sprytne. Mają wyczucie. Wiedzą, że tylko „kura przez w” jest śmieszna. Zajęło mi to chwilę, nim się zorientowałem, że wcale nie chodzi o „wurę”, a córka mojej znajomej pokładała się ze śmiechu.

Psychologowie zapytani o to, co robić w takich sytuacjach, mówią, żeby nie zwracać na wszystkie te próby uwagi. Dzieci robią to właśnie w tym celu. Chcą nas zaintrygować. „Shit! Przepraszam wyrwało mi się”. Tak, jak niekiedy wyrywa się dorosłym. Jeśli ktoś skończył siedem lat i potrafi nas naśladować, to powinniśmy być z niego dumni. A im szybciej pozna język angielski tym dla lepiej. Zaraz po pierwszym „shit” można więc zaproponować maluchom od razu inne słówka takie jak np. „misbehaving” albo „incorrectly”.

Oczywiście, o pięknie języka polskiego również nie wolno nam zapomnieć. Dzieciaki z językiem angielskim obcują dzisiaj często. I założę się, że niewielu rodziców zapisałoby je w czwartej klasie na „Polski dla zaawansowanych”. Wydaje nam się, że wspólne czytanie przed snem Brzechwy, Tuwima czy Chotomskiej wystarczy. Ku naszej rozpaczy, żaden z wymienionych poetów nie podpowiedział na jednak w swoich wierszach tego, jak? Jak sobie radzić z „wurą”?

I tu pozwolę sobie na dygresję. Historię z mojego dzieciństwa. Chodziłem do czwartej A i byłem uczniem wzorowym. I oto nagle, na jednej z przerw, podszedł do mnie niejaki Szwejk. Chłopiec w moim wieku, ale nadpobudliwy. Dzisiaj powiedzielibyśmy: ofiara patologii w rodzinie, wówczas mówiło się: łobuz i huncwot, nic z niego nie będzie. Był postrachem młodszych dzieci, a i starsi woleli go, z uwagi na jego nieprzewidywalne zachowanie, unikać. Szwejk zbliżył się do mnie w towarzystwie innych chłopców i kazał mi powtórzyć kilka niecenzuralnych słów. Czułem się podle, bo nie potrafiłem. Przylgnęła do mnie etykieta „mięczaka” i „lalusia’.

Gdy dzisiaj rozmawiam z kolegami o naszej pracy czy polityce, myślę o tamtym wydarzeniu z rozrzewnieniem. Nawet Szwejk czułby się w trakcie tych rozmów zakłopotany. Wtedy jednak bolało. Zostałem wykluczony z paczki, Jak powinienem się więc zachować dzisiaj? Reagować, gdy te wszystkie „specjały jezykowe” w naszej kuchni, nagle się pojawią czy dać maluchom odrobinę swobody? Jeśli przeklina cała szkoła, dlaczego nasza pociecha ma być wyrzutkiem? Jako outsider, zażartuje ktoś, zacznie pisać bardzo dobre wiersze.  Kto wie, czy nie bedzie to wręcz poezja cholernie dobra. Nie o to nam chyba jednak chodzi.

To co robić z tymi złorzeczeniami? Jak nauczyć nasze pociechy właściwego wyrażania emocji? Niby są jakieś poradniki, jest zabawna momentami książka Michała Rusinka. „Jak przeklinać. Poradnik dla dzieci”, ale moim zdaniem  jest ona raczej tomikiem świetnej poezji właśnie niż zbiorem porad. Przeczytałem ostatnio obszerną korespondencję, jaką droga mejlową wymienili między sobą rodzice dobrze znanych mi ośmiolatków.  Potwierdzili to. Nie da się w chwili gniewu, biegając po boisku szkolnym, głośno i bezbłędnie powiedzieć „Wydzimdzirymdzi”.

Neologizmy, kalambury, słowotwory. Rozwijają wyobraźnię, uczą radości i oswajają z trudnościami naszego języka. I nie ma dnia, żeby dzieciaki w słowniku czegoś tam nie pocięły, nie posklejały, nie pomnożyły. To naturalna dla nich potrzeba i niekończące się źródło rodzinnych anegdot. Proszę sobie jednak wyobrazić ich minę, gdy dowiedzą się, że niektóre slowa są zupełnie pospolite. I nie ma w nich niczego szczególnego. Wypowiadanie ich nie robi więc na nikim specjalnego wrażenia. Cholera? To taka choroba. Kiedyś bardzo groźna, ale dzisiaj występująca rzadko. A szlachta w dawnej Polsce rzeczywiście miała fantazję i pewną ozdobę przy pasie otaczającym surdut nazwała dosyć zabawnie. Słowa mają swoje korzenie. Nawet te wydawałoby się bardzo atrakcyjne, na zakręcie.

Uczmy nasze dzieci tych znaczeń i odpowiedniego wyrażania emocji. Pokażmy im, że język  jest giętki i frazę „mam pełne podstawy, by mieć do Ciebie odrobinę żalu po tym co zrobiłeś z moim piórnikiem” można wyrazić na tysiąc sposobów. A te wszystkie odwrócone planety i dosyć dziwaczne ptaszydła? To tylko test. Na inne słowa warto zwrócić baczniejszą uwagę. Jeszcze przed wakacjami w szkolnej szatni usłyszałem, jak grupa dziewczynek rozmawia o ubraniach. „Ja bym czegoś takiego, w życiu nie założyła? Przecież ona w tej sukience wygląda jak jakaś sprzątaczka”! Wychowanie dzieci to przekleństwo.

A swoją drogą, to ciekawe, jakie Państwo macie doświadczenie w tej kwestii i jak sobie Wy z „wurami” i „marsem” na co dzień radzicie?

 

1
Komentarze

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dominika Słomińska
Editor

Kiedy dziecko zaczyna przeklinać, nie zwracaj uwagi, albo zacznij też przeklinać tylko ostrzej, albo umów się że… Ach ile jest na to sposobów. Pamiętam jedną anegdotę, o Marysi, małej ślicznej dziewczynce, która bardzo przeklinała. Szczególnie słowo na „K”. Jej mama, pedagog, kiedy wszystkie sposoby zawiodły powiedziała – Marysiu u nas w domu tak się nie mówi, jeżeli jeszcze raz powiesz brzydkie słowo będziesz musiała się wyprowadzić. – Dobrze mamusiu. – zgodziła się Marysia. Dosyć szybko zapomniała o umowie i rzuciła przysłowiowym mięsem. Pani pedagog wiedziała, że siła wychowania leży w konsekwencji, dlatego zdjęła walizkę z pawlacza i kazała córce zapakować… Czytaj więcej »