Szumy, szepty i szmery. O tym, co w muzyce piszczy.

Klik, klak, klik, klak. Pamiętacie Państwo jeszcze ten dźwięk? Wydawały go przeglądane na półce i uderzające o siebie plastikowe pudełka z ukrytymi w środku płytami kompaktowymi. Klik, klak, klik, klak. Miejsc, w których mogliśmy to usłyszeć, było jeszcze niedawno wiele. Aby przejrzeć zawartość jednej tylko sekcji, tej na przykład z dużą literą C jak Clapton, Cocker czy The Cure, trzeba było chwilę się natrudzić. A potem ze złamanym serce odłożyć wymarzony album na miejsce. Cena, jaka widniała z tyłu, dalece przekraczała nasze możliwości płatnicze. Muzyka łagodzi obyczaje, ale szansa na to, by stać nas było na kilka obiadów w barze mlecznym „Bambino” także potrafi poprawić humor. Właśnie tam stołowałem się podczas studiów. Klik, klak, klik, klak. Sklep z płytami nie musiał być duży. Ważne, że był, bo tylko tam można było zobaczyć okładki, podejrzeć składy, a nawet, o ile wykazało się odrobinę sprytu, przesłuchać cały album bez regulowania żadnych opłat.

Płyty kompaktowe – powie ktoś lekceważąco – były namiastką tego, co zapewniały winyle. Zarówno, jeśli chodzi o dźwięk jak i o stronę graficzną albumu. Oczywiście, ale były też ostatnim fizycznym artefaktem tego fenomenu, który dzisiaj istnieje zaledwie wirtualnie. Jak duch na blankach. Płyty długogrające, single, taśmy szpulowe, kasety, kompakty. Co się z nimi wszystkimi stalo? Czy któraś z Pań ma jeszcze w domu tą nagraną przez swojego pierwszego chłopaka składankę. Mogę się założyć, że czarnym flamastrem napisano na niej LOVE SONGS. Odkąd muzyka trafiła do internetu, uczymy się w pokorze rezygnować z tej przyjemności, jaką przynosiło uważne położenie igły na winylu czy przekręcenie calej taśmy na ołówku. To był rytuał. A proszę spróbować zrobić dziś jakąś ryskę na pliku muzycznym w Spotify. Dźwięki miały jeszcze niedawno swój ciężar. Koncerty muzyki mechanicznej, tak nazywał się cykl spotkań w warszawskiej Filharmonii Narodowej, podczas których słuchano muzyki jazzowej z płyt. Niewiele osób to dzisiaj pamięta. Muzyka mechaniczna. Muzyka, której fizycznie można doświadczyć.

Nie o sam fetysz jednak chodzi. Decydując się na słuchanie muzyki z laptopa nie rezygnujemy tylko z doznań fizycznych. Na własne życzenie wyrzekamy się również wszystkich tych szmerów, odcieni, pogłosów czy niuansów dla muzyki kluczowych. Wśród instrumentów, które powinny być na scenie podczas nagrywania tej lub innej symfonii Beethovena, Haydna, Mozarta lub innego mieszkańca Wiednia, należałoby wymienić fortepian, skrzypce, altówkę, wiolonczelę, flet, klarnet, obój, trąbki i rogi. Kiedy źródłem takiego nagrania jest tak zwana empetrójka, słyszymy w zasadzie tylko kotły. Nie jestem żadnym audiofilem i wychowalem się na muzyce, którą grali faceci raczej ubrani w porwane dżinsy niż smokingi, ale różnicę tą potrafię wychwycić. Pamiętacie Państwo ten oszałamiający początek I Koncertu Fortepianowego b-moll Czajkowskiego? Pampampampam pam! Kompozytor usłyszał tą frazę na rynku jakiegoś miasteczka pod Kijowem. Nucił ją podobno jakiś niewidomy żebrak. I zakładam, że nędzarz ten śpiewał czyściej niż wiele z posiadanych przez nas laptopów.

A teraz proszę mi pozwolić na krótką anegdotę. Pozwoli mi ona wyjaśnić, dlaczego podjąłem się poruszyć ten temat akurat dzisiaj. Na początku października rozpocząłem pracę w jednym z takich sklepów. To było równo, dwadzieścia pięć lat temu. Na trzecim roku studiów. Połowa lat 90. Czas, w którym wypadało mieć koszulę flanelową i glany. Szef i właściciel tego miejsca, cieszącego się w mieście dużą renomą, wiedział, że płaci nam niewiele. Zbyt mało, jeśli wziąć pod uwagę muzyczną wiedzę, jaką dysponowaliśmy. Pozwalał więc wypożyczać nam płyty do domu. Na jeden lub dwa wieczory. Ot, taka łapówka, rodzaj emocjonalnego szantażu dla spragnionych nagrań pasjonatów. Pamiętam, że pierwszą płytą, jaką w taki sposób wypożyczyłem były Wariacje Goldberowskie Bacha. W fenomenalnym, jak twierdził mój kolega zza lady, wykonaniu Glenna Goulda.

Wariacje to kompozycja na fortepian. Jednak to nie on odgrywał tego wieczoru główną rolę. Wystarczyły bowiem średniej klasy głośniki, którymi cieszyłem się zresztą przez wiele wiele lat, by usłyszeć, że Gould nagrywając w 1955 roku ten album cichutko sobie nucił. Przyrzekam, że nie usłyszycie Państwo tego na Spotify czy YouTube. Tamtego wieczoru byłem skłonny uwierzyć w to, że tracę kontrolę, słyszę głosy, bo w całym mieszkaniu coś mamrotało. Pianista, co ważne, nigdy nie nucił melodii, którą miał zapisaną w nutach. Zazwyczaj był to po prostu do tej melodii jego subiektywny komentarz. Brzmiało jak ścieżka dźwiękowa do gotyckiego horroru. To od tamtej pory płyt się trzymam, bo przekonałem się osobiście, że najwięcej wrażeń zapewniają nam właśnie te muzyczne didaskalia.

Książka sensacyjna, w której byłyby jedynie same czasowniki, mogłaby być lekturą pasjonującą. Nie wiedzieć jednak, jak wyglądała panna Wonderly, gdy przyszła po raz pierwszy do biura Sama Spade’a? Nie sprawdzić, jakie palił on papierosy w trakcie śledztwa? I udawać, że zupełnie nie obchodzi nas figurka Sokoła Maltańskiego? Proszę zamiast wymienionych tu detali podstawić cokolwiek z Waszej ulubionej powieści. A potem wyobrazić ją sobie jak wycięty z gazet anonim. Pozbawiony instynktu samozachowawczego Florentino Ariza zakochuje się w dosyć upartej, chociaż nie pozbawionej uroku Ferminie Daza. Żyli razem krótko, ale bardzo bardzo szczęśliwie. Czy takie streszczenie mówi nam cokolwiek na temat Miłości w czasach zarazy?

Spróbować przykładu z innej dziedziny sztuki? Mam w domu kilka wspaniałych skądinąd książek opisujących impresjonizm. Dostałem je jeszcze w szkole podstawowej. Zostały wydane w naszym kraju w latach 80. Wszystkie z nich posiadają czarno-białe reprodukcje obrazów Moneta, Degasa czy Renoira. Autorzy komentujący te reprodukcje w każdym dosłownie akapicie podkreślali, jak wielkie dla impresjonistów miał znaczenie kolor. Bezmierna przestrzeń, niekiedy niebieska, często zielona, sięga aż do kresu nieba: to morze. Drzewa są zielone, zielone trawniki i mchy; zieleń pełznie po pniach i młodych gałęziach; zieleń jest tłem przyrody, łączy się bowiem łatwo z wszystkimi innymi tonami. Najpierw uderza mnie czerwień – maki ogrodowe, maki polne, papugi – wszędzie czerwień śpiewa chwałę zieleni – cytowali Baudelaire’a ze Studium o kolorze. Wierzyć musiałem im na słowo. Proszę sobie jednak wyobrazić moje oszołomienie, gdy po raz pierwszy odwiedziłem paryskie muzeum Orsay.

Sklepy płytowe. Dlaczego zniknęły? Co dostaliśmy w zamian? Czy kogoś jeszcze obchodzi to, jak wyglądał tył okładki Nursery Crime nagranej przez Genesis? Przepraszam za te wszystkie nazwy własne i tytuły, bo nie one są ważne. Przeprowadzałem się jakiś rok temu z jednego mieszkania do kolejnego i wiem, z czym wiąże się ta kolekcjonerska pasja. Kosztowała mnie ona wiele godzin kłótni z moją partnerką. W tym dwunastu pudłach spakuję płyty wykonawców zaczynających się na F. G i H wrzucimy do kolejnych. – próbowałem być zabawny. Czy możesz mi powiedzieć, komu są one dzisiaj potrzebne? – zapytała. Pewnie nikomu. Po przeprowadzce zacząłem brać pod uwagę zakup nowego sprzętu audio. Nie wymieniłem go od 10 lat. Okazało się że większość nowych wzmacniaczy pozwala podłączyć jako źródło dźwięku telefon. Telefon? Czy to urządzenie nie służy jednak do tego, by wezwać straż pożarną lub wytłumaczyć się dziewczynie, że spóźnimy się kilka minut na randkę? Byłem zrozpaczony. Klik, klak, klik, klak. To tylko ja, czy ktoś jeszcze za tym wszystkim tęskni? Wielkie emocje, zmysłowe doznania, przepełniona detalami muzyka. Chyba jednak po drodze coś straciliśmy? A puenta całej tej historii jest taka. Można żyć w świecie, w którym nieistotna jest pełnia. Śpieszymy się i nie znajdujemy czasu na to, by szukać przyjemności. Może jednak warto się zatrzymać? Przyjaciół podobno poznaje się w biedzie, a wielu wykonawców jest naszymi przyjaciółmi. Znajdźmy czas na to, by ich ze zrozumieniem wysłuchać. Udawajmy, że wciąż są lata 90. Wróćmy do początków.

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o