Odnaleźć raz jeszcze złoto w Górach Czarnych.

Kiedy byłem mały, lubiłem dwa typy książek. Te, które od kogoś dostałem. A nie było ich wiele. Na Gwiazdkę w moim domu każdy zazwyczaj dostawał wełnianą skarpetę. Prawą. Po to, by większą odczuł radość, gdy w dniu urodzin dostanie wreszcie upragnioną lewą. Lubiłem więc te nieliczne książki, które mi podarowano. I te, których w szkolnej bibliotece było mnóstwo. O Indianach. Dlaczego akurat o nich? Bo Indianie w latach 80-tych w Polsce to była zupełnie inna para mokasynów. Dzisiaj zresztą także.

Moi Apacze, Irokezi czy Dakoci, w przeciwieństwie do kamieni i gałęzi, z którymi się przyjaźniłem, bardzo często prowadzili rozmowy. A to z bizonem, czy jeleniem, którego akurat zmuszeni byli zabić, by zjeść pierwszą od tygodnia kolację, a to z Manitou, bogiem, na którego w przeciwieństwie do nas Bladych Twarzy, nigdy nie podnieśliby ręki. Patrz Wielkanoc. Gadali wreszcie i ze zmarłym wujkiem, bratem, czy dziadkiem. A z rozpoczęciem tej ostatniej rozmowy nigdy nie czekali do pierwszego listopada.

Mówili dużo i śmiesznie. Nigdy nie użyli słowa „księżyc”, tylko zawsze opisywali go przez pół kwadry. Przekręcali szyk wyrazów w zdaniu. Każdą wypowiedź zazwyczaj kończyli słynnym „Hough”, co zawsze sobie tłumaczyłem jako „O rany, czy ja to naprawdę powiedziałem?” Poważnie? Po raz kolejny to zrobiłem? Nazwałem, przepływającą obok obozowiska, rzekę moją matką, a listopadowy wiatr – ojcem? Chyba byłoby dla mnie lepiej, gdyby nie dowiedziała się o tym babcia.

Uwielbiałem, gdy Siedzący Byk mówił o sobie „on” a nie „ja” i gdy Śnieżna Strzała nazywała go Wodzem, a nie papciem czy niedźwiadkiem. Dosyć głupio byłoby pomylić niedźwiadka z bykiem. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy grają na giełdzie. Z wypiekami na twarzy czytałem o piórach przyznawanych chłopcom za odwagę i symbolicznych nacięciach na tomahawku. My Biali, chcąc pochwalić się pokonaniem kolejnego wroga, musieliśmy zbudować Spitfire’a i malować na nim swastyki.

U Indian wszystko było prostsze. Ja, żeby przejść z klasy do klasy, musiałem nabiegać się po mieście. Kupić czerwone goździki przybrane czymś, co zawsze przypominało mi koperek, nie było łatwo. A trzeba je było wręczyć wychowawczyni, pani dyrektor i na wszelki wypadek szefowej kucharek na stołówce. Im wystarczyło dorwać jakiegoś bizona i obedrzeć go ze skóry. Oczywiście w chwili, gdy ten akurat nie patrzył. Żaden szaman nie dałby się zwieść bukietem czegoś, co każdego ranka skubią sobie  jelenie.

Nauczyłem się od nich wiele. Tego na przykład, że za każdym razem, gdy wsiada się na rower,  najpierw trzeba pojechać na łąkę, po to by rower mógł pochrupać sobie trawę. Aby zdobyć względy jakiejś dziewczyny, należy podarować jej czapkę z lisa wykradzioną z szafy mamy. Czapki z bobrowej skóry ktoś ukradł w ubiegłym roku. Wracając po lekcjach ze szkoły, warto iść pod wiatr. Jeśli nie chce się spotkać sześcioletnich osiłków czyhających na nasze i tak już skromne kieszonkowe.

I tylko jednej umiejętności nigdy nie zdobyłem. Sami bowiem powiedzcie, jak to możliwe? Ktoś tropi grupę obcych, którzy wtargnęli na jego terytorium, złożonym w dużej mierze z trawy wysokiej, średniej i niskiej. Patrzy na jedno złamane źdźbło. I potrafi bezbłędnie orzec, że było to pięciu mężczyzn, dwóch spośród nich pokłóciło się tydzień temu, trzy kobiety, z których jedna była w niewidocznej jeszcze dla wszystkich ciąży i pies. Puszek, prawda? Puszek, bo uwielbiał wyjadać mielonkę z metalowych konserw.

Trawy wokół jest coraz mniej, więc pewnie się tego już nigdy nie nauczę. O Indianach też czytam coraz rzadziej. Chociaż myślę o nich za każdym razem, gdy któraś z moich koleżanek odmawia picia przez plastikową słomkę. Kiedy czytam o smogu, w którym dusimy się na własne życzenie, patrzę na wodę ciemniejszą od kory buków wypełniającą moją wannę albo zastanawiam się, jak możliwe są krowy, który dają mleko o tak zróżnicowanej i precyzyjnie wyliczonej zawartości tłuszczu?

Co się po drodze spieprzyło? Przepraszam za ten mało indiański czasownik? Dakoci pewnie zapytaliby, gdzie się podziały orły albo dokąd odeszły borsuki? Żyjemy w czasach, w których po raz pierwszy w historii ogłoszono, że rację mieli Ci, którzy planowali kolonię na Marsie, bo Ziemia już nie daje rady. Science fiction. Te książki zacząłem czytać dużo później. Nie trzeba jednak Sokolego Oka, by zobaczyć, jak blisko jesteśmy katastrofy. Dlatego może niekiedy warto wrócić do tamtych lektur.

Prawdopodobnie nie ja jeden je czytałem. Matka rzeka, ojciec wiatr, i ta staruszka wierzba, która stoi przed moim domem. Może warto się zatrzymać, by z ta naszą wielką rodziną jednak porozmawiać. W czasach, o których opowiadam, miałem bardzo bliskiego przyjaciela. Urodziliśmy niemal tego samego dnia, spędziliśmy ze sobą osiemnaście lat, ramię w ramię. To było takie indiańskie braterstwo krwi. Od lat nie miałem z nim kontaktu. Czego bardzo w tej chwili żałuję. Nie powinniśmy się nigdy rozstać.

Zróbmy więc może tak. Ja do niego jutro zadzwonię, a Państwo sprawdzicie, czy plastikowe butelki na Waszym osiedlu wędrują do osobnego kosza. Popędzicie sąsiada, który nie sprzątnął po swoim Puszku. I następnym  razem zerkniecie na etykietę produktów kupowanych w sklepie. Kto wie? Może to mleko nie pochodzi wcale od krowy? Tak na dobry początek, bo zawsze trzeba zrobić ten pierwszy krok.  A potem, kto wie, może przyjdzie nam znowu tańczyć z wilkami. Chyba chcielibyśmy tego wszyscy. Hough!

 

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o