Nie budźmy sąsiadów o świcie. Niczym. Nawet szumem żelazka.

Nasi sąsiedzi. Bywają różni. Niektórych lubimy. Innych mijamy na klatce schodowej powstrzymując cisnące się na usta przekleństwa. Mówimy ciche „dzyn bry”, bo tak wypada, ale tak naprawdę otwiera się w naszej kieszeni… taka na przykład pułapka na myszy, tylko bez żółtego sera i dużo, dużo większa.

„No i co dowiercił się pan do czegoś wczoraj? Trzymaliśmy za to kciuki aż do świtu”, „Dozorca twierdzi, że ten bałagan był pod drzwiami zanim się pani wprowadziła. Mieszka tu pani od wczoraj?”, „Przyznaję! Nigdy wcześniej nie słyszałem 80-minutowej wersji „Smoke on the water!”, „Gdybyście mieszkali z pieskiem o trzy piętra niżej, to musiałby biedak siusiać na zewnątrz” „Nie do wiary! Tym chuliganom ponownie udało się narysować kopertę z inwalidzkim wózkiem pod pana samochodem!”

Zazwyczaj staramy się być mili. Nie zaglądamy do sąsiednich mieszkań udając, że chcemy pożyczyć mleko. Wyprzedzamy wścibskich zostawiając na naszej klamce wywieszkę z informacją: „To złożone kartonowe pudło wcale nie oznacza, że mamy nowy telewizor.” albo „Nie, ten pan, który przyszedł nigdy nie grał w „Klanie”. Oni są tylko do siebie podobni” lub wreszcie „Zanim zapuka pani raz jeszcze proszę uważniej sprawdzić przepis na bigos. Rzodkiewki już się nam skończyły”.

Mieszkałem w wielu miejscach, ale wszędzie tego pilnowałem. Być miłym, zagadywać, rozważać zawiłości pogodowe, nie prasować koszul w soboty rano, by szum pary z żelazka nikogo nie obudził.

Kiedy jednak wprowadzałem się do swojego nowego mieszkania, wszystko się zmieniło. Od samego początku czułem, że nie będzie łatwo, bo byłem najmłodszym rezydentem posesji, a średnia wieku pozostałych mieszkańców wynosiła… cóż, pamiętacie Państwo inżyniera Karwowskiego? Moi sąsiedzi od niego kupili malucha.

Wnosząc kartonowe pudła na czwarte piętro, nie wiedziałem także, że trafiłem do domu, w którym straszy. Sąsiadów przerażały moje długie włosy, jeszcze wtedy je miałem; moje koty, te akurat mam do dzisiaj; mój uśmiech. Wnosząc transporter ze zwierzakami „dzień dobry” mówiłem każdemu. Robili taką minę, jakby zobaczyli ducha. To zadziwiające, jak łatwo można zmienić kolor swojej skóry, gdy chce się udawać paprotkę.

Najgorsze jednak dla moich nowych współlokatorów, mówię tu o posesji, a nie tej wnęce na szafę, którą właśnie wynająłem, było to, że, o zgrozo, przychodzili do mnie ludzie.

„Pani Liberowa, uwierzy pani? On ich tutaj wpuszcza ! Miłościwa Panienko, miej nas w swojej opiece! Ten demon pozwala obcym wejść do swojego mieszkania. A wczoraj to nawet ktoś tam, o Boże, ale pani zbladła, u niego przenocował”.

Skąd ten tumult i trwoga? Dowiedziałem się już wkrótce. Otóż, na naszej klatce z ludźmi obcymi, takimi jak nowy listonosz, czy pani oferująca szansę na lepsze potraktowanie nas w Niebie, rozmawiało się przez zamknięte drzwi. Jeśli zaś chciało się pogadać z sąsiadem, to dzwoniło się grzecznie i przez kwadrans plotkowało w drzwiach minimalnie uchylonych. Szpara na trzy palce. Dla osób naprawdę zaprzyjaźnionych czyniło się wyjątek. Zwalniano wtedy łańcuch blokujący drzwi i robiło się szparę, w której można już było podać szklankę z herbatą lub biszkopt na talerzyku.

Czy to jest dziwne? Nie! To ja byłem dziwny. Oni stanowili normę.

Ja w ich oczach i sparaliżowanych ze strachu umysłach w najlepszym przypadku byłem satanistą. W najgorszym – jednym z rozpieszczonych synów Micka Jaggera. No, lub raczej Jerzego Połomskiego. Miałem telefon komórkowy, wchodząc po schodach nuciłem i często przychodził do mnie listonosz.

Pomimo tego, że nauczyłem się mówić takie „dzień dobry”, którym można by słodzić herbatę albo przystrajać torty urodzinowe, nie udało mi się nigdy zdobyć ich sympatii. Zawsze węszyli w tym podstęp.

A potem minęło 10 lat. Doprawdy nie wiem, kiedy. Moi kochani, ale nie kochający mnie sąsiedzi, zaczęli powoli znikać. Nie chcę myśleć o tym, że umierali. Po prostu przestali się pokazywać na klatce. Zniknęły te panie z pierwszego piętra, które nie szeptały ze sobą w drzwiach tylko wtedy, gdy spały. Na drugim przestało pachnieć papierosami. Palili na klatce we dwoje. On, mieszkający po lewej stronie, miał duże kłopoty z chodzeniem, a pomimo to żona wyrzucała go na klatkę. Tam możesz sobie Tadeusz palić. Ona mieszkała na przeciwko i o czym jestem głęboko przekonany od co najmniej 40 lat się w nim kochała. Nigdy nie zapomnę tego wyrazu twarzy, gdy przyłapałem ich z papierosem po raz pierwszy. Sąsiad miał na parapecie swoją puszkę po przecierze pomidorowym, w którą strząsał popiół. Ona puzderko po kremie Nivea. Gdy Romeo wychodził z domu i odpalał papierosa z naprzeciwka zawsze wychodziła Julia. Wyobrażałem sobie, że są to ich najszczęśliwsze chwile w życiu.

Niestety odeszli. Nie ma też już tej pani, która przez blisko dekadę zachodziła mi za skórę głębiej niż igła od kroplówki. Pamiętam, jak się poznaliśmy. Zapukałem grzecznie do jej drzwi. Dzwonków nie znoszę, więc przyszło mi chwilę poczekać. „Kto tam?” – dobiegło mnie z tamtej strony. „Dzień dobry. Jestem nowym sąsiadem i chciałem się przywitać, a jednocześnie uprzedzić, że organizuję dziś „parapetówkę” i może być głośno”. Usłyszałem zgrzyt przekręcanego klucza i w szparze w drzwiach zobaczyłem oblicze, które do dzisiaj śni mi się niekiedy. To te trudne, pełne wrzasków przerażenia noce. Wycedziła przez zaciśnięte zęby: „Nie będzie głośno! – oblicze przemówiło głosem zimnym jak stal – „Bo my tu na żadne imprezy nie pozwalamy!”. Nie kłamała. Funkcjonariusze policji stali pod moimi drzwiami już o osiemnastej. Dosyć zresztą zakłopotani.

Jej także już nie ma. I, podobnie jak innych, brakuje mi jej bardzo. Poważnie.

Trzy miesiące po tym jak odeszła, wyprowadził się także jej mąż. Na ich balkonie pojawił się baner: „Mieszkanie na sprzedaż”. Musiało mu być ciężko samemu. Tuż przed przeprowadzką zapukał do mnie i mi wszystko opowiedział. O tym, że nie było łatwo, że przez dwadzieścia lat żyli w separacji i każde z nich miało osobny pokój i sypialnię, ale teraz jest jeszcze gorzej. Zaczął głośno ze sobą rozmawiać. Lepiej już będzie u syna. Nawet, jeśli nie widzieli się tak długo.

Kiedy go zabrakło, okazało się, że teraz ja jestem najstarszy na klatce. Do mieszkań opuszczonych lub zwolnionych przez moich sąsiadów wprowadzili się młodzi. Mają długie włosy, telefony komórkowe, głośno nucą coś na klatce i –  wiem, że trudno w to uwierzyć – nieustannie kogoś do siebie zapraszają. Obcych, mówiących w jakimś dziwnym języku. Czasem rozmawiają z nimi przez całą noc. Bywa, że nie rozmawiają, ale też na pewno nie śpią. O nie. To zaczyna być nie do zniesienia.

Muszę pamiętać o uważniejszym zamykaniu drzwi. Muszę wstawić dodatkowy łańcuch. Z młodymi przecież nigdy nic nie wiadomo.

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o