Kocham małe księgarnie!

Małe księgarnie i antykwariaty. Mógłbym przebywać w nich godzinami i słuchać, o czym szeleszczą sobie książki. Patrzeć, jak leniwie wyginają w słońcu grzbiety. Zgadywać, gdzie były wcześniej i co je jeszcze podczas ich podróży czeka.

Niektóre z nich znają się bardzo długo. Rzadko kto po nie sięga. Stoją więc obok siebie od lat i zdążyły już zdradzić sobie wiele tajemnic.

„A mówiłam ci już moja droga, co się stanie, na stronie sto dwudziestej czwartej? Wachmistrz Rokita oświadczy się córce majora Bielinka. No, wierz mi albo nie, ale czytając ten fragment trudno  się powstrzymać od łez”. „A ja zawsze płaczę, kiedy Van Gogh nakłania wreszcie Gauguina, by ten przyjechał do Arles. Wiem, co za chwilę się stanie, czasami nawet wydaje mi się, że gdyby nie ta brzytwa…” „Ach, wy biografie, jesteście takie przemyślane i racjonalne! Dlaczego ten mój autor był także na S, gdyby był na F jak Fowles albo co najmniej na B! Stałabym obok „Wichrowych Wzgórz”! O Kasiu, nieszczęsna Kasiu”’

Zdarza się czasem i tak, że w małych księgarniach można usłyszeć rozmowy ludzi. Nie wszystkie odbywają się przez telefon. „Tak mamo, jestem w sklepie, oczywiście, że mogę rozmawiać!”  Niektóre są ciekawe. Nawet jeśli przerwie je niekiedy ciche siorbnięcie czy stukot łyżeczki o filiżankę. Właściciele małych księgarni i antykwariatów kawę piją często. Z klientami.

Oto wchodzi do jednego z nich malutka staruszka o włosach białych jak śnieg. Ma długą parasolkę, która wspiera się raczej dla fasonu niż z potrzeby. Uśmiecha się od wejścia, chociaż mówi szeptem prawie. Tak, jakby zdradzała komuś jakiś sekret. „Przepraszam, ale chciałabym kupić mojej przyjaciółce jakąś książkę. Ona ma siedemdziesiąt lat i wciąż uwielbia czytać”

„Ale co, droga pani? – pyta pochylając się nad nią sprzedawca – może jakieś romanse?” Tu „Cierpienia wachmistrza Rokity” nastawiają zagiętych na rogach uszy. Może to jest ten dzień? Może właśnie dziś ktoś je zabierze? W podróż, o której śnią od dawna. „O, proszę pana, – klientka podnosi na chwilę głowę ku niebu –  na romanse, to już ona jest za mądra! Na te wszystkie zaloty i konkury, trochę już za późno”.

„Rozumiem – sprzedawca wskazuje regał stojący przy oknie – to może coś o papieżu?” „Powoli, drogi panie! Powoli! – pani zdejmuje rękawiczki i zasiada w wygodnym fotelu. To sygnał. Zostanie tu dłużej. Może da się skusić na filiżankę herbaty? Byle by tylko w szafce z licznikiem na prąd były jeszcze te ciasteczka maślane z wczoraj – „Na papieża to w naszym wieku chyba jeszcze za wcześnie!”

Czasem ktoś złamie właścicielowi serce. Położy na dębowym biurku kawałek tasiemki i powie. „Poproszę tyle książek. Najlepiej z czerwonymi grzbietami. Mój architekt wnętrz mówi, że będą wyglądały najlepiej, gdy nie będą za wysokie. No i złocenia. Na grzbietach. To dodaje prestiżu”.  Poza tym zamówiliśmy już dywan w takim kolorze.

Ktoś inny zapyta zapyta z kolei, gdzie się podział ten rudzielec, który przeciągał się na Bułhakowach, Czechowach i Dostojewskich. Nigdy nie pozwalał się głaskać, ale dzięki niemu wiedziało się, którą książkę lub kilka z nich, bo rudzielec był jednak duży, wybrać. Nigdy nie polecił jakiejś szmiry. Miał wyjątkowego wąsa do literatury.

Znajdą się także i ci wzburzeni, bo nie ma podręcznika do biologii klasa szósta albo przewodnika po świecie Minecraftu. W tomiku poezji sprzed 120 lat ktoś wskaże pożółkł grzbiet albo błąd ortograficzny w dedykacji z roku 1952. I to ma być księgarnia? To jest ten słynny antykwariat? Jak tak można sobie żartować z ludzi. Skandal!

Czy jest coś, co może właściciela takiego miejsca wytrącić z równowagi? Piszę o właścicielu, bo na rzeszę pracowników ich dzisiaj po prostu nie stać.  Chyba nic, chyba nikt. No, może tylko ten gość z brodą, który zaczął się tu kręcić przed wakacjami. Jak jakiś rewizor czy łódzki fabrykant.

”Ma pan piękny lokal. Idealny dla naszych potrzeb. Czy sąsiedzi znośni? Najgorsi są ci, którzy mieszkają od podwórka. Przeszkadza im wszystko. Nawet zapach tłuszczu po smażonych frytkach czy burgerach. Aha i te wszystkie książki, może pan zostawić. Weźmiemy je także. Wie pan, w branży spożywczej papier się zawsze przyda.”

Róbcie sobie drodzy biznesmeni te hamburgery gdzie chcecie. Studia tatuażu? Wspaniała rzecz. Oddział banku, do którego nikt nie wejdzie albo taki Carrefour? Marzy mi się kolejny na mojej ulicy. Ma sześćdziesiąt metrów długości. Tylko zostawcie mi chociaż jeden antykwariat. Ktoś w końcu te „Cierpienia wachmistrza Bielinka” kupić powinien. Poczekajmy cierpliwie.

 

 

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o