Kartka z wakacji – rzecz o pięknych ludziach

Pocztówka z wakacji…

Wiele lat temu napisałam artykuł do „Dziecka Autystycznego” wydawanego przez Krajowe Towarzystwo Autyzmu. Zaczynał się tak: „Życie terapeuty dzieci z dysfunkcjami jest jak rwąca rzeka. Po prostu porywa Cię i niesie przez świat ludzi, przynosząc wciąż nowe krajobrazy, zwyczaje i odmienności. Co to znaczy? Czasami płaczesz z bezsilności, czasami śmiejesz się do rozpuku, czasami chcesz wszystko rzucić i nigdy nie patrzeć na smutnych rodziców i cierpiące dzieci.  Ale kiedy chociaż raz weźmie Cię za szyję dziewczynka z Zespołem Downa. Ale kiedy chociaż raz musiałeś wytrzeć zaślinioną buzię chłopca z porażeniem mózgowym i kiedy raz, jedyny raz dziecko z autyzmem spojrzało na ciebie- zaczynasz wierzyć, że nie możesz bez nich żyć – i to prawda!”

***

Siedzą w kole. Piękni, młodzi przejęci. Wszystkie oczy patrzą się na mnie jak w obraz. Na Sali jest idealna cisza. Prowadzę warsztat pisarski dla dzieci, na koloniach organizowanych przez Fundację imienia Piotra Janaszka „Podaj Dalej”. Pokazuję starą maszynę do pisania którą dostałam od cioci ( wraz z groźbą, że jak nie będę pisać to po śmierci będzie przychodzić mnie straszyć), opowiadam skąd czerpię pomysły na pisanie i o magicznym notesiku, w którym te pomysły zapisuję. Pokazuję książkę mojego taty z 46 roku „Miś z Miasteczka”, żeby wytłumaczyć co to jest praca introligatora. Czytam kilka opowiadań. -Ale cudowni słuchacze, takie skupienie i cisza. – myślę.

– Czy może ktoś ma jakieś pytania? – pytam standardowo.  Zwykle nie ma pytań. Dziś widzę ich inteligentne oczy, uśmiechy i las rąk. – Jaka kultura? – myślę – nikt się nie przekrzykuje.

Patrzę na chłopca, który podniósł stopę, ręce, przykrywa krótki rękaw koszulki. To Miłosz. Miłosz choruję na fokomelię, podobnie jak Nick Vujicic. Miłosz pyta czy opieram swoje historie na faktach, czy postaci które opisuję są prawdziwe. Odpowiadam, a on słucha. Opowiadam zabawną anegdotę jak to moja córka Tosia stała się pierwowzorem Kostki (mojej pierwszej bohaterki). Miłosz śmieje się głośno i szczerze. – Ma poczucie humoru myślę.

A potem opowiada, że chce pomagać ludziom, że chciałby być psychologiem, chciał by pokazywać ludziom niepełnosprawnym, że można żyć szczęśliwie i realizować swoje marzenia. Opowiada o swojej mądrej mamie, która niczego mu nie zabrania. – To znaczy nie zabrania mi wszystkiego próbować, tak jak zdrowym osobom. Jak bym chciał zjeść wagon cukierków, to by mi zabroniła. – śmieje się. – Ale z cukierkami sobie radzę, razem z bratem kombinujemy.

Urzeka mnie dystans jaki ma do siebie. Jest lekki, drobny, całe spotkanie siedzi na kolanach u koleżanki na wózku. Do Sali przyniósł go wychowawca na baranach. Jest cierpliwy. Powtarza kiedy nie mogę go zrozumieć. Widać, że myśli na temat rozmowy. Jest czujny i błyskotliwy.

Kolejne pytanie zadaje Dawid. Okulary, inteligentna twarz, siedzi jak wzorowy uczeń, dba żeby nikomu nie przerywać, mówi spokojnie, odważnie, zwraca uwagę duży zasób słownictwa. – Proszę pani, bo ja mam upośledzenie umysłowe. – mówi.

Pyta mnie o to jak się bawiłam w dzieciństwie. A ja tak uwielbiam opowiadać o moim dzieciństwie.

Opowiadam jak pojechałam do dziadków na wakacje. Miałam tam trzy przyjaciółki – Anię, Magdę i Kamilę. Buszowałyśmy po podwórku. Dziadkowie na wiele nam pozwalali, ale był jeden kategoryczny zakaz „Nie schodzić do piwnicy!”. A ja uwielbiałam tam schodzić. Najczęściej schodziłam tam z babcią po słoik ogórków, albo kompot z czereśni. W piwnicy było ciepłe, pomarańczowe światło, pachniało tak jakoś dziwnie i w ogóle był duch tajemnicy. Oczywiście to co zakazane podobno smakuje lepiej. Pewnego dnia dogadałam się z koleżankami i umówiłyśmy się na tajemną wyprawę. Na końcu korytarza zobaczyłyśmy zardzewiały kran. Każda z nas miała inny pomysł co z niego leci. Ania uważała, że rzeka złota, Magda że tęcza, Kamila że kakao, a ja, że landrynki. Bo ja jako małe dziecko najchętniej żywiłabym się landrynkami. No i odkręciłyśmy ten kran, a z niego ciekła rdzawa, wstrętna woda.  Najgorsze było to , że nie umiałyśmy go zakręcić. Przestraszone zwiałyśmy z piwnicy i udawałyśmy, że nic się nie stało. Kiedy zapadła noc i babcia układała mnie do snu, rozległ się dzwonek. To sąsiad, dziadek Kamili, przyszedł w piżamie i w kaloszach – Panie Bronku – zwrócił się do mojego dziadka – wodę z piwnicy trzeba wynosić. Ktoś kran odkręcony zostawił i zalało po kolana.

Przed dziadkiem miałam respekt, ale jak poszedł osuszać piwnice, przyznałam się babci. Nawet nie była na mnie zła tylko kazała mi obiecać, że zawsze będę przyznawać się do winy, bo to pomoże uniknąć komplikacji, takich jak nocne pływanie dziadków w piwnicy.

Dawid słuchał, śmiał się, uciszał pozostałych, zadawał pytania. Byłam zachwycona jego subtelnością, łagodnością, dystansem do siebie i zrozumieniem świata. A świat rozumiał prosto i uczciwie, całym sercem. Widziałam, że słucha całym sobą, jest przejęty.

Gadaliśmy, gadaliśmy, a czas płynął leciutko. I nagle warsztat pisarski zamienił się w głęboką rozmowę. O tym jak to jest być niepełnosprawnym, jeździć na wózku, wolniej myśleć, niewyraźnie mówić udowadniać światu swoją siłę, realizować marzenia, osiągać cele.

Rozmawialiśmy o tym, że ludzie zdrowi patrzą, oceniają.  Starałam się wytłumaczyć, że ludzie się „gapią” bez złych intencji, po prostu chcą zrozumieć, poznać, zobaczyć, dowiedzieć się. Tłumaczyłam, choć wiem że nie do końca miałam rację, nie zawsze tak jest. Tak łatwo nam, zdrowym zbudować siłę na słabszych. Zachęcałam tych pięknych ludzi, żeby nie oceniali nas źle, żeby postarali się nie rozgraniczać my i oni. Żeby wyszli nam naprzeciw, pogadali, opowiedzieli o sobie.

Mówiliśmy tez o świadomości swoich ograniczeń. Bo człowiek nieświadomy swoich ograniczeń jest ich więźniem, a kiedy wie co go powstrzymuje, znajduje inną, czasem okrężną drogę, żeby rozwinąć skrzydła i zdobyć szczyt. Bardzo ładnie opowiadała o tym Gabrysia, która czerpiąc siłę z historii Jaśka Meli, mimo wózka wspina się po górach. A na co dzień jest śliczną, zadbaną dziewczyną.

hard-heart.pl

Na koniec uściskaliśmy się, zrobiliśmy zdjęcie i każdy wrócił do kolonijnych zajęć.

Tylko Dawid wracał kilka razy i dziękował, podszedł do maszyny do pisania i napisał ukradkiem „fajnie było”. A kiedy dałam mu swoją książkę po prostu mnie przytulił. Ujęła mnie jego empatia, dbanie o komfort innych, żeby było miło, szczerość i taki wewnętrzny smutek, że jednak te ograniczenia są. Nie znam drugiego takiego gentlemana.

hard-heart.pl

Was też o to proszę. Spotkajcie tych ludzi na swojej drodze i uśmiechnijcie się do nich. Na pewno to odwzajemnią.

Kilka dni temu wyjęłam ze skrzynki na listy kartkę od Dawida. W czasach kiedy umierają relacje społeczne, ludzie pozdrawiają się z wakacji smsami i fb, chłopiec upośledzony umysłowo wysłał do mnie kartkę. Jakie to bardzo NORMALNE!!!!! Dziękuję Dawid.

Miłosz – zadałeś mi pytanie czy swoje teksty opieram na prawdziwych wydarzeniach i postaciach. Tak! Oto dowód ?

*Fokomelia, często nazywana jako „focze kończyny” to wada polegająca na braku lub niedorozwoju kości długich, a co za tym idzie, często połączeniem dłoni i stóp bezpośrednio z tułowiem.

Książka do pobrania: http://bit.ly/2ymr9EK

hard-heart.pl

2
Komentarze

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Olga
Gość
Olga

Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w tym spotkaniu:-) Dzieci chłonęły każde słowo Pani Dominiki i uważnie słuchały cudownych opowieści. Wszystkich, którzy chcą poczuć tę niesamowitą dziecięcą energię i zaangażowanie, zapraszam do galerii zdjęć Małych Odkrywców – https://bit.ly/2wPt9VR Uważni obserwatorzy znajdą Dawida – autora pocztówki 🙂 Pani Dominiko, pięknie dziękuję za to spotkanie!

Kasia
Gość
Kasia

Wzruszajacy tekst.Poryczałam się.
A w dzieciństwie też uwielbiałam landrynki..One były prawdziwym rarytasem.