Historie lubią się powtarzać.

Najmniej lubią je nastolatki. Trudno się dziwić. Opowiada się je z premedytacją w chwili, gdy do rodzinnego grona dołączy w czasie niedzielnego obiadu pierwszy chłopak naszej córki. Przypomina się je także, gdy pojawi się ten drugi. Rodzinne historie. Zabawne, znane wszystkim na pamięć, zazwyczaj też kompromitujące. Czy wyobrażacie sobie Państwo zbliżającą się Gwiazdkę bez nich?

Dawno dawno temu, kiedy dokładnie nie zdradzę, bo bohaterka tej opowieści tekst ten na pewno przeczyta, a byłoby nie dobrze podnosić kwestię jej wieku, mieszkałem z rodzicami. W moim pokoju na wszystkich ścianach były plakaty. Kto ich wtedy nie miał? Były one nie tylko dowodem naszych muzycznych czy filmowych sympatii, ale i przedmiotem kultu. Nie zdobywało się ich łatwo. A słowo plakat było oczywiście nadużyciem, bo te największe były zazwyczaj rozkładówką wyjętą z jakiegoś tygodnika. Niemniej miałem ich wiele. I nie wstydzę się tego, tak, na bardzo wielu widniała podobizna George’a Michaela. Miałem więc te plakaty i przecudowną, wyjątkowo mądrą siostrzenicę. Moja siostra z mężem i swoją pierwszą córeczką mieszkała wtedy z nami. Mała, odkąd się tylko urodziła, była wielkim urwisem.  Uwielbiała na przykład usypiać swojego dziadka, a mojego Tatę. Czytał je do snu bajkę, zasypiał tuż po ostatnim jej zdaniu, a mała przykrywała go kocem i przychodziła do nas, pooglądać telewizję. To były te wieczory, kiedy mojej siostrze mówiliśmy, „To my już ją uśpimy, wyskocz sobie do koleżanek”. Marta zaczęła mówić wcześnie i miała nieszablonowe poczucie humoru. Wielu komików, którzy spędzili pół życia w świetle reflektorów, mogłoby jej zazdrościć.  Właściwie codziennie przysparzała nam nowych powodów do dumy. I szczerze mówiąc nawet z tego, co zrobiła w moim pokoju, dumny jestem niezwykle. No właśnie, oto historia rodzinna numer jeden.

Otóż, wróciłem któregoś dnia ze szkoły i jeszcze w przedpokoju zaniepokoiła mnie panująca w mieszkaniu cisza. Przy kilkuletnim dziecku to nietypowe, no chyba, że akurat zasnęło. Siostra piła sobie herbatę w kuchni, przeglądała jakieś czasopisma i na moje pytanie, czy Marta śpi, odpowiedziała: – Chyba poszła do Twojego pokoju. Muszę przyznać, że zaimponowała mi swoim opanowaniem. W moim pokoju kręci się właśnie małe tornado, a ona sobie spokojnie rozwiązuje krzyżówkę. Poszedłem tam natychmiast. Może jeszcze uda się ewakuować mieszkańcow. Drzwi były przymknięte. Podszedłem na palcach i zajrzałem przez szparę. Siostrzenica siedziała na tapczanie, po turecku, odwrócona twarzą do ściany. Cicho było tak, że słyszałem krople deszczu szurające po szybie. A nie, przepraszam! Słyszałem coś jeszcze. Stukot nożyczek. Nasze słoneczko ściągało malutkimi jak promyczki o poranku palcami plakat za plakatem, zdjęcie po zdjęciu i cięło je nożyczkami na malutkie paski. Nie robiła tego złośliwie, była zbyt mała, by mieć złe intencje. Zachwycały ją po prostu te wszystkie tęczowe paski, które powstawały w wyniku jej uważnej pracy. I wszystko się tam zgadzało, za oknem deszcz, w pokoju nie huragan jednak a pogodne słoneczko, więc i tęcza musiała się pojawić. Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Mieniły się przede mną te różowe, żółte i niebieskie reminiscencje tego, co kiedyś było moimi plakatami Wham, Madonna, Duran Duran. Jeśli dodam, że na tapczanie spoczywał jeszcze pocięty skrupulatnie Michael Jackson i Samantha Fox, to niektórzy z Państwa domyślą się, o jakich latach mówimy. W końcu nie wytrzymałem: „Co Ty tutaj robisz?” Siostrzenica podskoczyła na łóżku, zupełnie zaskoczona moim pytaniem. Było głupie, bo przecież co robi, widać było dobrze. Tęczę. Podskoczyła więc, po czym powoli opadła i zaczęła plakat, który miała w dłoniach ciąć szybciej. Nożyczki rozbłysły małymi błyskawicami. Plan należało wykonać do końca.

Nie potrafię zliczyć, ile razy w swoim życiu opowiedziałem tę historię. Podobnie trudno mi dziś powiedzieć, jak często moi rodzice opowiedzieli wszystkim moim dziewczynom, ciociom i wujkom o tym, jak paraliżował mnie strach na widok pająka. Jak twierdzą małego, chociaż w moich wspomnieniach każde to napotkane bydlę miało co najmniej pół metra wielkości i właśnie kończyło jeść taboret. Kostniałem ze zgrozy także na widok much. Pozornie małych, ale tylko ja wiedziałem, co taka mucha, gdy nikt nie patrzy, potrafi zrobić z pająkiem. Przy rodzinnym stole wszyscy śmiali się do łez i z tego, że wystarczyło mnie postawić boso pośrodku lasu i nie ruszyłem się nawet na krok, bo wszędzie dookoła leżały szyszki. Umówmy się, szyszka boli. I to bardzo! Do dzisiaj nie wiem, dlaczego powoduje to wybuch powszechnej wesołości. Plus tego jest taki, że podczas naszych letnich wypadów na łono natury, już w dorosłym życiu, zawsze znajdowałem w torbie podróżnej klapki. Moje partnerki dbały o to nie zadając żadnych dodatkowych pytań. Pośród tych powtarzanych jak modlitwa historii jest jeszcze jedna, uwielbiana przez siostrę mojego Taty, osobę wyjątkową, którą cenię niezmiernie. O maseczce z ogórków. Otóż, w pewne letnie przedpołudnie, kiedy akurat rodzice pozostawili mnie pod jej opieką postanowiła zadbać o urodę. Czasy były trudne. Kremów do cery nie było, były za to ogórki. Ciocia i moja starsza siostra nałożyły sobie po kilka plasterków na policzki, oczy i czoło. Czy to możliwe, że krzyczałem przez kilka kwadransów, kiedy je zobaczyłem? Prawdopodobnie tak. To był pierwszy w historii ludzkości horror spa. Jedyny aż do chwili, gdy ktoś postanowił zastosować botoks. Ja tamtego poranka nie pamiętam zupełnie, ale przyznaję, że do dzisiaj niechętnie robię mizerię.

Historie rodzinne o Marcie, o mnie, o Szariku. To było na wsi. Jedna z moich kuzynek uczyła się podczas wakacji robić naleśniki. Robiła je po raz pierwszy i długo nie potrafiła osiągnąć właściwego efektu. Żytnia mąka mąka jej w tym nie pomogała zupełnie.  Ciasto przywierało do patelni, przypalało się, kleiło. Każdy źle sformatowany kulinarny bubel wylatywał przez okno na podwórko. A tam czekał wniebowzięty pies – Szarik. Chwytał gorące, poszarpane naleśniki w locie i połykał je, jeden za drugim. Moja babcia, po powrocie do domu, długo zachodziła w głowę, dlaczego jej ulubieniec witając ją nie zaszczekał jak zawsze. A ściślej mówiąc, z jakiego powodu, ten pogodny dosyć i piskliwy kundel, odkąd przyszła, pohukuje głębokim basem. Jak pierwszorzędny śpiewak operowy albo ten pan, któremu ksiądza pozwala zasiadać co niedziela przy organach. Sam pies zresztą był nie mniej zaskoczony.

Spotykamy się w dużym, rodzinnym gronie coraz rzadziej.  To przykre, ale czasy ponownie mamy trudne. Proszę sobie wyobrazić, jak nieznośne stać się mogą, gdy moja siostrzenica przeczyta ten tekst, a zrobi to na pewno. Już to, że historie te opowiadam Państwu, a nie cioci Halinie, czy wujkowi Tomkowi o czymś świadczy. Coś tracimy, czegoś jest coraz mniej. Jednak opowieści tych nie chciałbym zapomnieć. Nigdy. I proszę mi pozwolić w tym miejscu skończyć. Nie zdążę już Wam napisać, byście także i Wy o nich pamiętali. Nie o tych, które właśnie opowiedziałem, lecz tych swoich. Na pewno ciekawszych. Bardziej kompromitujących i niepowtarzalnych. Ja muszę tekst ten zakończyć teraz. I to natychmiast. Wydaje mi się bowiem, że coś w mojej kuchni głośnie posapuje, chrupie i mlaszcze. A stoi tam od dawna taki taboret z Ikei, który od lat, pomimo tego, że mieszkania zmieniałem wielokrotnie, mi towarzyszy. Oby nie było to tylko to, o czym myślę. Codziennie wieczorem, gdy bezskutecznie próbuję zasnąć.

 

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o