Dlaczego rzeczywistość nam wi-fi?

Przebywam ostatnio na zwolnieniu. Nie, nie, proszę się nie martwić! Nie zachorowałem na świnkę czy szkarlatynę. Po prostu od kilku dni korzystam z telefonu, który jest tak stary, że siorpie niemiłosiernie podczas picia zupy i mówi do wszystkich „Edwardzie”. Nie robię sobie żartów ze starości. Jako dziecko tak właśnie wyobrażałam sobie Babę Jagę. A mój telefon pamięta na pewno czasy, gdy Jaś i Małgosia byli bardzo mali.

Wyjąłem go z bardzo głębokiej szuflady. Musiałem to zrobić, ponieważ mój smartfon uległ małej awarii. Zaskakującej, bo miałem w nim przecież kilka aplikacji pomagających rezerwować bilety lotnicze, a jednak podczas lotu z trzeciego piętra nie odnalazł właściwego pasa do lądowania. Niekiedy skarżymy się, że pęknie nam w telefonie szybka. W tym wypadku na skutek uderzenia pękła nawet płyta chodnikowa. Zostałem więc postawiony niejako pod ścianą. Na nowy smartfon mnie nie stać. Wolę już kupić ten dwutygodniowy pobyt na Sri Lance w pięciogwiazdkowym hotelu i drinkami podawanymi przez słonie do łóżka.  A rozmawiać codziennie muszę. Moja mama tak przynajmniej twierdzi. Wyjąłem więc ten stary model z szuflady, nalepiłem na nim karteczkę z napisem: wiem, że to podobne, ale nie kładź tu mydła i poszedłem na to zwolnienie, bo moje życie zmieniło się radykalnie.

Na początku, o czym już mówiłem, gdy wyjmowałem go z kieszeni widziałem oczami wyobraźni nie aparat telefoniczny, ale Babę Jagę albo starego szamana Irokezów. Takiego, który swoim wnukom nadaje imiona: Krucha Sarna, Godzinami Gotowana Wiewiórka lub Bardzo Długo Moczona Skórka od Chleba. Robi to nie dlatego, by planował je zjeść. Dzieci po prostu kojarzą nam się z tym, co kochamy najbardziej. A stary szaman Suszonego Mięsa czy Twardej Dziczyzny od dawna już nie kocha. To tylko pozornie niepotrzebna dygresja. Chcę w ten sposób pokazać, że ten gadżet jest rzeczywiście archaiczny. Aż dziwne, że uruchomia się go przyciskiem, a nie kręceniem korby.

Oto mój nowy, stary telefon. Potrafi dzwonić i pozwala rozmawiać, ale tu jego możliwości się kończą. Ma archaiczny, czarno-szary wyświetlacz. Podczas pisania sms-ów widzi się tylko jedną linijkę, co niejako zmusza nas do pisania wiadomości krótszych. Aby zrobić nim zdjęcie, konieczna jest deseczka z wybuchającym fosforem i czarne prześcieradło, którym się możemy przykryć. Już po kilku próbach przypomnieliśmy sobie z moimi przyjaciółmi pewną prawidłowość. Dobre zdjęcia wychodzą tylko wtedy, gdy pozując do nich nie ruszamy się przez co najmniej pięć minut. Ekran tej zdobyczy XX-wiecznej techniki naturalnie jest dotykowy. To znaczy, gdy się go dotyka, pojawiają się na nim odciski palców i jakieś plamy. To wszystko. Żadnego internetu, żadnych czatów ze znajomymi. Nie posiada aplikacji pozwalających znaleźć drogę do domu lub pokazać znajomym, jak daleko się od niego odbiegło. Nie wyręcza w opowiadaniu bajki na dobranoc. Grają w nim za to świerszcze. To taki stary rodzaj dzwonka.

Powie ktoś: katastrofa, płonący wieżowiec, tragedia Posejdona, twister. Nie, proszę Państwa! Wprost przeciwnie. Dni Niepodległości.

Moje życie zmieniło się totalnie. Nie muszę już niczego wiedzieć natychmiast, bo się nie daje tego sprawdzić. Podczas rozmowy z przyjaciółmi, gdy zapomnę nazwiska jakiegoś aktora, nie sięgam do kieszeni. Okazuje się, że aktorów wcale tam nie potrzebujemy.  Nie ciągnie mnie do tego, by sprawdzić, co na fejsie albo jakiej bezie tym razem zrobiła zdjęcie moja znajoma. Wiadomości i owszem czytuję, ale w gazetach. Tu pojawia się wartość dodatkowa, bo chcąc gazety te znaleźć, muszę pochodzić po kawiarniach i nagimnastykować się chwilę, by pozwolili mi posiedzieć tam chwile przy szklance ciepłej wody z kranu.  Muzyki także słucham, ale nie w biegu, nie w tym miejskim zgiełku i szumie. Odcięty od odtwarzacza w telefonie cieszą się nią w zaciszu domowym. Nauczyłem się także umawiać ze znajomymi precyzyjnie. Będę za siedem dni o szesnastej na trzeciej ławce po prawej stronie, o ile wejdziecie do parku przy fontannie.  Co za radość o tym pamiętać. Zauważyłem także, że nadeszła złota polska jesień. Do tej pory leżące na chodniku kasztany nie interesowały mnie zupełnie. Czy wiecie Państwo, że one same potrafią połączyć się zapałkami w ludziki. I to naprawdę wyjątkowe. Proszę koniecznie jutro spojrzeć pod nogi.

Zwolniłem, nie biegam w panice po mieście w poszukiwaniu gniazdka z prądem, przyglądam się wiolonczelistkom, psiakom i tej śmiesznej grupie mężczyzn wybiegającej z banku w czarnych kominiarkach.  Jestem spokojny. II czuję się jakiś taki pełniejszy. Tak, wiem, że jesienią wszyscy jemy więcej, ale potraktujmy to jako metaforę. Widzę, słyszę, mówię. Ludzie się do mnie na ulicy uśmiechają. Ta zmiana zaczęła mi się podobać do tego stopnia, że zapytałem jednego z kolegów, który jest technologicznym guru, czy nie da się w telefonie komórkowym zamontować podajnika do żetonów. Tak, by jeszcze bardziej cofnąć się w czasie. Tarczę do wykręcania numerów i  kabel dołączyłem do mojego nowego telefonu już dawno. Ma niecałe dwa metry i  kończy się tuż przy drzwiach wyjściowych w moim mieszkaniu.

O tak, jestem na zwolnieniu, drodzy Państwo. Czy nie tęsknicie niekiedy za czasami, gdy byliśmy na nim wszyscy?

 

4
Komentarze

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gość
Gość
Gość

Właśnie jestem na takim „zwolnieniu” 😉

Gość
Gość
Gość

prawdziwe i piękne…

M
Gość
M

prawdziwe i piękne…