Dlaczego dranie mają branie? Czyli kto tak naprawdę jest naszym bohaterem? – część 1

Zmęczeni życiem, zdradzeni, bezsilni. Telewizyjni bohaterowie naszych czasów. Trudno już dzisiaj stwierdzić, kiedy nastąpił ten przełom. Czy widzowie pokochali ten typ postaci za sprawą Tony’ego Soprano? Cierpiącego na ataki paniki mafijnego bossa, socjopaty i mordercy dręczonego wyrzutami sumienia. Uwiódł ich swoją arogancją Gregory House? Jedyny lekarz w mieście, który jest w stanie uratować Twoje dziecko i obrazić przy tym wszystkich członków Twojej rodziny. A może był to dopiero Dexter Morgan? Pierwszy w historii seryjny morderca, który podbił serca wszystkich kobiet, bo jestem przekonany, że dla jego jednego diabolicznego uśmiechu każda z pań dałaby się pokroić.

Rodzina Soprano, Dr House i Dexter. Wydaje się, że to właśnie te trzy seriale zmieniły telewizję na zawsze. I to zanim pojawiły się takie serwisy jak Netflix, Hulu czy Amazon Prime. Przypomnijmy dla porządku. Szefowie Netflixa, świetnie prosperującej pocztowej wypożyczalni filmów, zainteresowali się tak zwanymi mediami strumieniowymi dopiero w 2007 roku. Rodzina Soprano po szóstym sezonie żegnała się właśnie z widzami, Hugh Laurie kończył zdjęcia do czwartej części przygód niesfornego felczera, a Michael C. Hall przymierzał się do sezonu drugiego swojej serii.

Zanim więc telewizja trafiła do internetu, byli już tam oni. Niegodziwcy, kanalie i wykolejeńcy. I to w rolach głównych. Niczym jakaś dzika banda, gdzieś na Dzikim Zachodzie, wjechali do spokojnego dotąd miasteczka i zaprowadzili tam nowy porządek. Ku uciesze dzieciaków zresztą, bo w miasteczku tym od jakiegoś czasu wiało nudą. Jak długo można było słuchać opowieści szeryfa seniora, który zasypiał jak tylko zaczynało się bujać jego fotelem. Albo przypominać sobie pożar drewutni na końcu miasta. Ach, cóż to były za emocje. Gasiło ją aż troje ludzi i koń. Trudno sie dziwić, że na widok nowej bandy ten i ów uśmiechnął się pod nosem. Wreszcie wydarzy sie coś zaskakującego.

Nasze modlitwy zostały wysłuchane. Scenarzyści nowych produkcji, powstających już na potrzeby streamingu, odrobili pracę domową. Wiedzieli, że nawet postać ekscentrycznego Johna Keatinga z filmu „Stowarzyszenie Umarłych Poetów” już nie wystarczy, by utrzymać uwagę widza przez dwanaście odcinków. Dlatego najpopularniejszy dziś serialowy nauczyciel uczy chemii, choruje na raka płuc i dzięki doskonałej, acz produkowanej w domowych pieleszach metamfetaminie, staje się narkotykowym królem Nowego Meksyku. Jest twardy, na jego zajęciach nie radzimy wchodzić na ławkę z okrzykiem ‘Amfo, moja amfo”.

Serial „Breaking Bad” – jak to dobrze, że nikt nie pokusił się o tłumaczenie tego tytułu – opowiadający o tym, że chemii uczyć się warto, cieszył się tak ogromną popularnością, że jego producenci postanowili rozwinąć jeden z jego wątków pobocznych. Pewni tego, że stworzą przebój kolejny. Tylko kogo uczynić nowym bohaterem? Mieliśmy już wypaczonego mafiosę, lekarza kanalię, policyjnego laboranta, (tu prośba by dzieciom pokazywać laboratorium tego odpowiedniego dla nich Dextera), a wreszcie nauczyciela, który zapewnił dostatek dilerom. Kogo następnego, by tu zepsuć? Może jakiegoś adwokata. Wiecie przecież Państwo, co to jest? Stu prawników przykutych grubym łańcuchem do dna morza? To dobry początek.

Zabierzmy prawnika z Bostonu gdzieś na prowincję. Obdarzmy go złotym sercem i pozwólmy, by – w każdym kolejnym odcinku – serca tego coraz rzadziej słuchał. Niech będzie zdesperowany, głodny sukcesu i bez grosza. Zapomnijmy o dębowych biurkach, skórzanych fotelach i portretach założycieli kancelarii na ścianach. Prawnik, którego oczekuje współczesny widz, to osobowość z pazurem. Dzieli swoje biuro ze studiem paznokci. Tego, że producenci i scenarzyści serialu „Zadzwoń do Saula”, bo o nim mówimy, mieli nosa, dowodzą liczby. Jego pierwszy odcinek, tylko w USA, obejrzało siedem milionów widzów. Policzyłem to przed chwilą dokładnie. To ni mniej ni więcej tylko siedemset polskich Ciechocinków!

I w tym miejscu muszę Państwa przeprosić. Dwa wspomniane właśnie seriale były ze sobą połączone. W sposób zamierzony przez jego tworców. Dlatego też omówiłem je razem, chociaż zagubiliśmy przez to chronologię, w jakiej pojawiali się na srebrnym ekranie nasi bohaterowie ze skazą. Kolejność ta nie dla wszystkich jest może istotna, ale warto pamiętać, że w 2010 roku do amerykańskich herosów do poprawki dołącza pierwszy ich przedstawiciel z Europy.

Saul jest imieniem biblijnym. To pierwszy król Izraela, który doprowadził do zjednoczenia wielu niezależnych dotąd plemion. Dexter po łacinie oznacza kogoś trzymającego się prawa. A ściślej – prawej strony tarczy – ale uznajmy to za metaforę. Kogo nowego podarowali widzom Brytyjczycy? Tytuł ich serialu brzmiał Luther”. To wskazywałoby na pewnego niemieckiego duchownego! Człowieka, który w XVI w. postanowił uzdrowić kościół katolicki i zaszczepił w rodakach konieczność założenia drukarni. Ok, telewizja się zmieniała, ale nie aż tak, drodzy Państwo, by poddani Jej Królewskiej Mości kręcili filmy o Germanach.

Kim więc był nasz nowy bohater? Londyńskim gliną. Detektywem obdarzonym wyjątkową intuicją, popapranym jednak nie mniej niż jego amerykańscy koledzy. Kto wie, czego w tym serialu jest więcej? Psychopatów na ulicach współczesnego Londynu czy demonów w głowie Luthera. Oskarżony o zabójstwo, porzucony przez żonę walczy ze wszystkimi naraz i nie uznaje żadnych zasad. Do każdej zbrodni podchodzi tak, jakby dotyczyła go osobiście. Zanim więc zgłosimy mu kradzież naszego samochodu, warto sprawdzić, czy rower nie jest dla nas lepszym rozwiązaniem.

Kilka miesięcy później Brytyjczycy dają nam jeszcze dwa fantastyczne seriale. Niestety „Downtown Abbey” omówić dzisiaj nie możemy. No, chyba, że uznamy księżną Violet Crawley za zdeprawowaną bogactwem arystokratkę kryjącą w piwnicach swojej posiadłości ciała zabitych przez siebie kamerdynerów. Za to uwielbiany przez wszystkich rezydent Baker Street jest dla nas postacią wymarzoną. Arogancki, złośliwy, samolubny. „Kiedy policja sobie, nie radzi, czyli zawsze, wzywają mnie” – puszy się przed swoim współlokatorem i partnerem, doktorem Watsona. O tak! Nie mam w tym przypadku żadnych wątpliwości. Sherlock wykreowany przez BBC był i wciąż pozostaje kwintesencją moralnego zepsucia.

Bohaterowie ze skazą. Takie były ich początki. Przedstawione wybiórczo, subiektywnie i bardzo krótko. Nasze śledztwo urywa się bowiem 17 kwietnia 2011 roku. To wtedy za sprawą telewizji HBO w ziemię uderza meteor. Chmura pyłu powstała na skutek tej kolizji unosi się w naszej atmosferze do dzisiaj. Zatarły się przez nią wszelkie ślady, tropy, poszlaki. Wiemy tylko jedno. Ewolucja bohaterów, którą próbowaliśmy przed chwilą przybliżyć, została nagle przerwana. Po „Grze o tron”, największym przeboju telewizyjnym od czasów “Twin Peaks”, nic już nie może być takie jak kiedyś.

Czy powinienem na koniec zadać pytanie, na które wszyscy chyba czekają? Dlaczego? Co stało się z nami jako społeczeństwem, że zapragnęliśmy w naszych domach tych wszystkich drani? Tej adrenaliny, niepewności i tego, umówmy się, zła. Czy uśmiechnięty George Clooney na szpitalnym korytarzu już nie wystarcza? Co stało się ze wszystkim detektywami w sutannie?  Telewizja służy przede wszystkim rozrywce i nie chciałbym na podstawie kilku seriali wyciągać jakiś poważnych wniosków. O nieuchronnym upadku naszej cywilizacji na przykład. Mogę za to zwrócić uwagę na jedną rzecz. Ci wszyscy dranie, hultaje, ladaco. To byli sami faceci! Zauważyliście Państwo? Czy to w porządku?

Zapraszam do lektury drugiej części, bo tekst ten postanowiłem jednak podzielić. Jest piątek wieczór i każdy ma jakieś pranie do zrobienia lub kolację, którą zorganizował dla przyjaciół.

 

Komentarze

avatar
  Subscribe  
Powiadom o